Blog o muzyce, filmach, literaturze, fotografii, cyberkulturze i ludziach.


Polecamy

Fenomen Guitar Hero


Mr. Bungle okiem fana


Osób online


Polecamy

"Dolores Claiborne" - Stephen King [recenzja]


Spójrz na nową "Alicję w Krainie Czarów"


thePROMONTORY nigdy nie było tylko projektem [wywiad]


"Dying In Time" - pokaz umiejętności magików elektroniki


Nowy album zespołu Soil - "Picture Perfect"


Recenzja książki "Antyrak - Nowy styl życia"


Pegasus - konsola mojego dzieciństwa


Suicide Girls - sesja "Fight Club"


Metro 2033 - przypowieść o postnuklearnej Moskwie


Pierwsza w historii wystawa steampunkowa


Psychodeliczna sesja Tima Burtona


"Apokalipsa Dmitryja Glukhovskiego" - artykuł na temat genezy książki "Metro 2033"


Subiektywny przegląd ścieżek dźwiękowych #1


Tamagotchi XXI wieku na PS3



Czytelnicy
bloglovin
bloglovin
polska baza stron




Partnerzy

- blog muzyczny Michała Nowakowskiego


Szukaj
Blog > Komentarze do wpisu
Combichrist w Gdyni się nie poddało! Laik i psychofan

Pot, smar i muzyka tętniąca w uszach. Serce bijące w rytm drżących nad ziemią głośników, wykrzykiwane wspólnie teksty przez przedstawicieli wszystkich znanych subkultur. Walka o to, by nie zostać wypartym przez roztańczony tłum w dalsze części sali i brak zainteresowania resztą świata. Tak można opisać najkrócej kolejną wizytę "Combichrist" w Polsce. Szkoda tylko, że ilość siniaków (24), które zdobyłam przewyższały zaprezentowaną setlistę. Powinno być odwrotnie. Mistrzowski show sceniczny pozwolił mi o tym jednak zapomnieć i wciągnął mnie do swojego świata muzyki. Proszę Państwa, to nie był tłum głów. To był jeden wielki "Electrohead", który uczynił z publiki potwora.

O 17.20 rozpoczęło się koczowanie pod bramami "Ucha" w Gdyni. Mróz doskwierał tak mocno, że inni oczekujący rozgrzewali się wspomnieniami z innych koncertów i rozmowami o dwóch kapelach mających zagrać tego wieczora. Chociaż wejście miało być otwarte o 17.30, tłum wlał się na salę koncertową niedługo przed 19-stą. Gdzieś pomiędzy czasem oczekiwania i dopuszczeniu nas do muzycznego koryta, członkowie zespołu porwali posiadaczy wejściówek VFIM, aby z nimi spędzić ostatni wolny czas przed koncertem. Autografy, luźne rozmowy z wykonawcami to coś, o czym reszta plebsu mogła tylko pomarzyć. Marznących na zewnątrz ludzi ten widok zza oszronionej szyby doprowadzał do furii, którą rozładować przyszło pod sceną niewiele później. Ciężko uwierzyć, że w tej zapomnianej przez Boga spelunce bez klimatyzacji, rozegrała się prawdziwa walka o miejsca pod bramkami, które klinowano ramionami i nogami. Zmagania te zaowocowały klimatem i tak jednym z najlepszych koncertów, jakie klub widział podczas swojego istnienia.

Combichrist w Polsce zawitało po raz trzeci. Najpierw w Gdyńskim "Uchu" po to, aby zniszczyć publikę nowym wówczas krążkiem, potem jako support Rammsteina. Jak się okazało, wielu koncertowych gości uważało ich za gwóźdź programu, a prawdziwą gwiazdę spychano na drugi plan. "Mortiis", który podczas trasy koncertowej "Monster on Tour" pełnił rolę  takiej właśnie rozgrzewki, wywiązał się naprawdę dobrze, a muzyka ("Ucho" prezentowało takie cuda, jak Rob Zombie, Nine Inch Nails i inne) lecąca w głośnikach między kapelami idealnie budowała klimat nadchodzących tanecznych drgawek.

Ciągle zdobywający popularność skład z Andym Lapleguą na czele, raz po raz organizuje kolejne trasy koncertowe. Jedne po to, by promować kolejne krążki, inne, żeby rozgrzewać na nowo publikę znanymii hitami. Combichrist jest tak naprawdę niesamowicie energetycznym projektem gatunkowo oscylującym wokół elektroniki, ebm, industrialu i aggrotechu. W skrócie mówiąć - solidna porcja dark wave. Icon of Coil będące  pierwszą formacją Andy'ego różni się od Combi dość znacząco, chociaż  pomimo rozwiązania grupy nadal cieszy się dużą popularnością. Jedną z niewielu wspólnych elementów obu formacji jest charakterystyczny wokal Andy'ego, który rozpoznaje się natychmiastowo. Image obu kapel również różnił się od siebie, co rzucało się w oczy podczas koncertów. Widownia jednak, zawsze była zachwycona. I tak samo było również w przypadku "Ucha".

"Combichrist" wchodząc na scenę dosłownie rozbudziło zebraną publikę. Napierający tłum zagęścił się tak bardzo, że przy "Reclamation" zagranym jako pierwszy, powietrze dosłownie wisiało między ściśniętymi ludźmi. Nikomu to nie przeszkadzało, aby w osobliwy sposób wczuwać swoje ciało i organizm w kolejne porcje muzyki okraszone niesamowitą widowiskowością. I tak było do samego końca, gdzie interakcja z publicznością narastała z każdym kolejnym kawałkiem. A co na to artyści? Wydaje mi się, że podwójny powrót na scenę tłumaczy wszystko. Trzeciego nie było, bo grupa po prostu porozrzucała instrumenty po całej scenie. Perkusja i bębny wraz z klawiszami walały się po scenie, jak zmęczone aktorki z planu porno.

Na koniec widoczne było bezwzględne zadowolenie po stronach artystów, widzów i fotoreporterów. I chociaż część z nich przybyła tu zapewne tylko dla Mortiisa, mam wrażenie, że Combichrist zdobędzie paru nowych fanów.

Klipy z koncertu można zobaczyć TUTAJ, a fotografie TUTAJ i TUTAJ.

 

Laik vs. "Psychofan" - wrażenia z koncertu.

 

"Psychofan": Słucham Combichrist już bardzo długo i śmiało mogę zaliczyć ją do moich top 10 kapel. Tuż obok Nine Inch Nails, Ministry, Apoptygmy czy bardziej odległych kapel gatunkowo - Ladytron, Arcade Fire czy Radiohead. Chociaż częściej zdarza mi się wracać do Icon of Coil, tak naprawdę Combi pakuje we mnie takie ilości energii, których nie mogę spożytkować przez parę dni. A jak wyglądało to z Tobą? Wiem, że słuchasz ich od bardzo niedawna. Dlaczego więc koncert?

Laik: Zgadza się, do niedawna moje pojęcie o tej kapeli było raczej mgliste, jeszcze przed koncertem Combi jawili mi się jako autorzy jednego mocarnego kawałka (Never Surrender), kilku bardzo dobrych (Throat Full of Glass, Follow The Trail of Blood) i całego morza nierozróżnialnych od siebie utworów. Bluźnierstwo? Być może, jednak liczy się efekt końcowy, a ten przerósł najśmielsze oczekiwania. Największa zmiana przede wszystkim nastąpiła w postrzeganiu twórczości grupy, która udowodniła, że obracając się w klimatach szeroko pojętej elektroniki można dać występ stricte 'rockowy', miażdzący ciężarem, zaangażowaniem i pokładami energii pozwalającymi przypuszczać, że Andy z ekipą mimo pewnej 'wątłości fizycznej' byliby w stanie wymordować średniej wielkości miasteczko gołymi rękami. Nie bez znaczenia był też wzorowy wręcz kontakt z publicznością, a to jest umiejętność którą widuje się wyjątkowo rzadko. Słów padło wyjątkowo mało, ale liczne gesty i postawa na pozór niewzruszonego frontmana nie pozostawiała wątpliwości, że nie to nie my jesteśmy tam dla nich, a wręcz odwrotnie. Z kolei ja wiem, że to tak naprawdę Twój pierwszy koncert, taki "prawdziwy", z którego czerpałaś przyjemność. Jak wrażenia?

"Psychofan": Fakt, że część z koncertów na których byłam opierały się o siedzenie na jakiejś klubowej pufie i sączeniu piwa. Zdarzało się też stanie za filarem i słuchanie muzyki, ale nigdy w takim stopniu, żeby porywać się do tańca i buszować wśród tłumów, których wręcz nie znoszę. Bywało też tak, że na plażowych festiwalach muzyki rockowej nigdy nie ślęczałam pod sceną, tylko siadało się nieopodal na piachu i słuchało tego, co prezentują wykonawcy. Rozmawiało się ze znajomymi, ale nigdy w takim stopniu, żeby muzyka to zakłócała  - chociaż wiesz, że muzyczne psycholstwo liczy się dla mnie ponad wszystko. Kiedy dowiedziałam się o Combichrist, o mało co nie padłam. Wiedziałam, że muszę iść i wiedziałam, że jeśli nie upchnę się jak najlbiżej - nie pójdę wcale. Kiedy okazało się, że mój wypad miałby być samotniczy ogarnęło mnie zniechęcenie, ale skończyło się dobrze. Było ciężko, jeśli chodzi o radzenie sobie z tym dzikim tłumem, który kompletnie nie liczył się z moim paskiem HP i tratował go bez użycia z mojej strony żadnych Stimpaków, ale było warto. Kompletnie zniknęłam z powierzchni tego, co nazywa się rzeczywistością i uciekłam do trochę innej przestrzeni. Nawet nie czułam, że oddycham. Nie dlatego, że po prostu nie było czym :)  Może coś więcej na temat twoich odniesień co do kapeli i koncertu?

Laik: Combichrist od zawsze jawił mi się jako grupa ze wszech miar nietuzinkowa, poczynając od nazwy, poprzez image sceniczny garściami czerpiący z gotyku i cyberpunku w wersji 'gore' (ilość sztucznej krwi wylewanej na niektórych występach mogłaby spokojnie wystarczyć do nakręcenia kolejnych 10 części 'Piły'), aż po zdumiewający skład, do którego zalicza się wokalista z klawiszowcem i aż 3 (sic!) perkusistów. Już sam fakt przewagi liczebnej bębniarzy nie pozostawiał wątpliwości, że studyjne brzmienie grupy w którym da się wyraźnie dostrzec dominację elektroniki zostanie lekko 'stuningowane' tego wieczoru, a że panowie poza liczebnością cechują się również nie byle jakim bagażem doświadczeń, można było spodziewać się iście piorunującego występu. Podsumowując - oczekiwania były ogromne, a napięcie wzrastało wprost proporcjonalnie do każdego ujemnego stopnia nieubłaganie spadającej temperatury jaka towarzyszyła nam pod bramami Ucha, gdzie - wbrew przysłowiu ludowemu - ciepło bynajmniej nie było.

"Psychofan": Widać było, że muzycy mają frajdę ze swojej obecności. Może i nawet bardziej, niż publiczność, która w większości była młokosami z niedoleczonym trądzikiem, pierwszym piwem pod ręką i niezgolonym pierwszym zarostem. Osobiście, nisamowicie spodobało mi się to, w jaki sposób bawili się z publicznością. Tutaj bęben rzucony w publikę, na którym wygrywano zgodną melodię, tam rozrzucanie suwenirów, o które dobrze, że się nie bito. Gra świateł, słów, gestów. Coś naprawdę cudownego, chociaż wiem, że to, co mówię jest zupełnie bezkrytyczne. Mam parę takich kapel, które wielbię bezgranicznie i mój racjonalizm usuwa się stuprocentowo w cień. Nigdy nie podejrzewałabym, że moja niewinnie zaczynająca się przygoda z Combichris osiągnie tak niebezpieczny pułap uzależnienia. Nie powiem, że sfinalizowany koncertem. Ten co najnmniej podniósł mnie na kolejny poziom, ale taki w moim stylu. Nie latania na każdy koncert, ani zbieraniem ich autografów. To raczej coś, co pozwoliło mi docenić ich też na takiej płaszczyźnie, którą widziałam dotychczas z innych klipów. Te, które kręciłam własną ręką cieszą mnie strasznie i jeszcze na pewno długo będą.

Laik: Dlatego też pozwól, że ja wysupłam z siebie resztki racjonalizmu i do całej beczki miodu dorzucę łyżkę dziegciu, ot, w imię równowagi w przyrodzie. Właściwie pierwszy mankament został poruszony przez Ciebie parę linijek wyżej, a tyczył się on pewnych indywiduów uczestniczących w koncercie. Jest to element na który ani klub, ani tym bardziej występujący artysta nie ma specjalnie dużego wpływu, ale trzeba odnotować fakt, że niektórzy chyba zapomnieli że nie jest to impreza urodzinowa u wujka Staszka w remizie i nawyki tam uskuteczniane niekoniecznie będą miały zastosowanie uniwersalne, stąd też zapewne mistyczna liczba siniaków jakich nabawiłaś się uczestnicząc w zabawie pod sceną. Osobną sprawą jest tu nagłośnienie, które mimo że mocarne aż zanadto (regeneracja słuchu wciąż in progress), to jednak dawało sie odczuć przesadne wyeksponowanie dźwięków wysokich, co było szczególnie słychać podczas niektórych partii gitarowych grupy Mortiis właściwie zagłuszających sekcję rytmiczną i częściowo wokal. Parę epitetów padło tez w kontekście organizacji, która delikatnie mówiąc kulała niczym weteran wojny 30letniej. Pomijając już niechybną transformację fanów w muzeum figur lodowych w oczekiwaniu na wstęp, klarowność zakupu i odbioru biletu na ww. występ zaliczała się de facto do gatunku nieistniejących: brak jakiegokolwiek info od organizatora, dziesiątki telefonów z wyjaśnieniami i do ostatniej chwili wielka niewiadoma, czy właściwie jest się na liście czy nie - aż dziw, że nikt nie poronił w obliczu zaserwowanych 'atrakcji'. Niemniej jednak, wszystkie te mankamenty zostały wynagrodzone z nawiązką przez Panów 'Kombichrustów', więc wypada wspomnieć o nich jedynie  dla zachowania rzetelności.


"Psychofan": Z tego, co widzę wyciągasz przede wszystkim kwestie organizacyjne. Samym muzykom nic nie zarzucasz, bo... nie bardzo jest co, tak naprawdę. Organizacyjnie "Ucho" strzeliło sobie samobója. I pamiętaj też, że to target wybiera sobie muzykę a nie odwrotnie. Jednakoż przykro się robi, kiedy widziałam wśród publiczności osoby, które już nie kontaktowały od ilości alkoholu we krwi. Nie rozumiem zatem, po co pić do upadłego, kiedy nic nie zapamięta się z koncertu. Inną sprawą jest to, że nawet jedno piwo w tak zatłoczonym i nagrzanym przez ludzkie ciało pomieszczeniu jest po prostu samobójstwem. Tak czy siak, iść było warto.

sobota, 26 lutego 2011, madammewendy

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: