Blog o muzyce, filmach, literaturze, fotografii, cyberkulturze i ludziach.


Polecamy

Fenomen Guitar Hero


Mr. Bungle okiem fana


Osób online


Polecamy

"Dolores Claiborne" - Stephen King [recenzja]


Spójrz na nową "Alicję w Krainie Czarów"


thePROMONTORY nigdy nie było tylko projektem [wywiad]


"Dying In Time" - pokaz umiejętności magików elektroniki


Nowy album zespołu Soil - "Picture Perfect"


Recenzja książki "Antyrak - Nowy styl życia"


Pegasus - konsola mojego dzieciństwa


Suicide Girls - sesja "Fight Club"


Metro 2033 - przypowieść o postnuklearnej Moskwie


Pierwsza w historii wystawa steampunkowa


Psychodeliczna sesja Tima Burtona


"Apokalipsa Dmitryja Glukhovskiego" - artykuł na temat genezy książki "Metro 2033"


Subiektywny przegląd ścieżek dźwiękowych #1


Tamagotchi XXI wieku na PS3



Czytelnicy
bloglovin
bloglovin
polska baza stron




Partnerzy

- blog muzyczny Michała Nowakowskiego


Szukaj
Blog > Komentarze do wpisu
Indiana Jones and the fate of Atlantis - pamiętacie?

"Indiana Jones and the fate of Atlantis" to gra pochodząca z czasów, kiedy braki graficzne uzupełniano klimatem rozgrywki i nieliniowością fabuły. Dzisiaj bywa inaczej - zachwycamy się realizmem obrazu, poziomem grafiki, wygładzania tekstur i ogólnych możliwości dawanych przez twórców. Nie tylko mechanicznych, ale i rozwojowych, z którymi wielokrotnie mieliśmy styczność. Nie mówię, że teraz nie ma takich gier jak kiedyś, ale zapewne mało z nich stanie się taką legendą jak "Indiana Jones (...)", który jest wspominany przez wielu z uśmiechem na twarzy do dziś.

Indiana Jones jako platforma filmowa sprzedała się świetnie. Oryginalny bohater będący zdolnym, przystojnym archeologiem z ostrym poczuciem humoru, swoimi fobiami i sympatiami. Do tego wysokiej klasy scenariusze, które choć czasem były przesadzone, to i tak zyskały miano zjawiskowych przejawów geniuszu. Lucas Arts zachęcone sukcesem filmu postanowiło wypuścić grę - pod szyldem LA. Coś, co nie byłoby związane z jakąkolwiek częścią zrealizowanego scenariusza i było nowością. Dać ludziom coś, czego jeszcze nie widzieli i nie słyszeli. To był strzał w dziesiątkę, bo kiedy "Indiana Jones (...)" w 1992 roku wyszło na rynek - ludzie po prostu oszaleli. I to szaleństwo, choć nieco nadgryzione czasem, nieco bardziej ociężałe - panuje do dzisiaj. Nie spotkałam ani jednej osoby, która nie słyszałaby o tym tytule chociaż małej plotki.

Gwoli jasności i przypomnienia - głównym bohaterem jest oczywiście Indy, który samotnie lub w towarzystwie Sophi Hapgood (sami wybieramy jak chcemy grę przejść) wyrusza na poszukiwanie zaginionego lądu. Tak, aby odnaleźć go przed nazistami, którzy chcą wykorzystać na froncie mitologiczną broń znajdującą się w centrum miasta, a do tego przecież dopuścić nie chcemy. Indiana Jones przemierza zatem świat w poszukiwaniu wskazówek, co momentami potrafiło być naprawdę trudne. Spotyka ludzi, którzy są chętni do pomocy i takich, którzy aż tak dobrowolnie do współpracy przystąpić nie chcą. Tak czy siak, cel w końcu osiągamy. Jaki? Zagrajcie, a dowiecie się o czym mówię.

Gra była naprawdę ubogo wykonana i nie można się temu dziwić. Przecież nie była osadzona na silniku Cryengine. Była specjalnie dostosowana na tamtejsze wymagania sprzętowe - Amiga, DOS, Macintosh, ScummVM (przez który grę można odpalać do dzisiaj). Tandetne bitowe melodie, niczym dzwonki midi z podstarzałych już modeli telefonów komórkowych, brak dialogów dźwiękowych (wprowadzono je dopiero rok później) i różnych wersji językowych. Ale gra miała klimat. Powodowała wielkie zaangażowanie ze strony graczy, i utożsamianie się z odgrywanym bohaterem. Kto nie podśmiewał się z żartów Indy'ego i jego ciętych ripost? Nieprzeciętnie skonstruowana fabuła dosłownie wsysała w świat mitologii i Platonowych zapisków na temat podwodnego miasta - tytułowej Atlantydy. Takich bohaterów w grach mało w dzisiejszych tworach. Indiana Jones niemalże przerysowany z filmu względem wszystkich chyba cech charakterystycznych, a nieznana znikąd Sophie też zapadała w pamięć. Sami naziści byli przedstawieni w tak groteskowo stereotypowy sposób, że podczas konfrontacji z nimi wielokrotnie się uśmiechałam.

Poziom trudności potrafił wytrącić gracza z równowagi - w końcu to wymagające point&click, które wcale zadań nie ułatwiało. Trzeba było czytać wszystko ze zrozumieniem,  albo po prostu próbować wyjść z sytuacji metodą prób i błędów. Każda podjęta decyzja rzutowała na to, jak grę skończymy i czy w ogóle uda się tego dokonać. Jak na możliwości niegdysiejsze, a i dzisiejsze, "Indiana Jones and the fate of Atlantis" wykazał się naprawdę pokaźnym potencjałem, który wszyscy chłonęli jak gąbka. To był jeden z pierwszych tytułów, w którym zastosowano zmianę interfejsu na ikony wyświetlane na spodzie ekranu. Jak widać, wiele pozostałych produkcji wzięło sobie do serca to uproszczenie. W końcu nie tylko przez bohaterów, klimat i grywalność kochano tę grę. Była wielkim krokiem milowym w konstruowaniu gier - nawet do dzisiaj, chociaż ciężko w to uwierzyć. Dla młodszych roczników odwzoruję mniej więcej to, jak się do niej przysiadało. Chociaż ciężko w to uwierzyć, było to mniej więcej coś takiego, jak "Assassin's Creed 2", który przechodziło się na maksymalnych nastawach, z optymalnymi ustawieniami muzycznymi dopasowanymi do głośników. To było coś naprawdę niesamowitego na tamte lata i nadal potrafi przywołać podobny stan.

Do tej pory obiecuję sobie, że włączę grę dosłownie na parę minut, żeby pozwiedzać pierwszą lokację, a zostaję w niej tak długo, dopóki ponownie jej nie przejdę.

środa, 02 lutego 2011, madammewendy

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: